Jak to się robi w Ameryce

- Mamooo, ja krwawię! - kiedy jedno z naszych dzieci rozdzierało się nagle, przyjmując pozę aktora teatru dramatycznego tarzającego się po scenie z papierowym, ?zakrwawionym? farbą nożem wbitym w samo serce, wiedzieliśmy, że Halloween tuż- tuż
W Ameryce na Halloween czekają najbardziej dzieci. Chłopcy i starsze dziewczynki (bo małe i tak zakładają kostiumy księżniczek) przez całe tygodnie szykują sztuczną krew, wampirze zęby i maski upiorów. Szykują i trenują na rodzicach. Polerują przekrwione oczy, drą czarne rajstopy i tapirują peruki. Im straszniejsze, tym lepsze.

Przed domami tuż przed Halloween robi się naprawdę straszno. Tatusiowie wieszają w oknach sztuczną pajęczynę, ustawiają podświetlane wisielce, kościotrupy wyzierające zza krzaków aktywowane w ciemnościach fotokomórką, wrzeszczące "łaaaa!", kiedy ktoś przechodzi. Zwariować można ze strachu, ale dzieciaki to kochają. Mamusie wyciągają więc specjalną zastawę udekorowaną w czarne pająki, naczynia w kształcie dyni, serwetki w czarne koty i nietoperze. Jeśli w domu nikt nie gotuje (pamiętajmy, że ok. 60 proc. Amerykanów jada na mieście lub kupuje dania gotowe), na papierowych czarno-pomarańczowych talerzach i tak pojawi się zupa dyniowa z puszki, kupny pumpkin pie, czyli tarta dyniowa albo jeszcze gorzej - czarno-pomarańczowe cup cakes - ciastka mieszczące się w dłoni, kupione za parę dolców w supermarkecie. Brrr, chemiczna ohyda w kolorach przyprawiających Europejczyka o palpitacje serca.

Jeśli jednak w domu się gotuje, na stołach z pewnością zagości jedzenie w tradycyjnych kolorach Halloween - czarnym i pomarańczowym. Czarne oliwki, melony kantalupa, kulki serowe obtoczone w maku, ser camembert z dżemem morelowym, plastry pieczonej pomarańczowej papryki. Na stół być może wjadą świeże mule w czarnych skorupkach, jajka udekorowane pomarańczowym i czarnym kawiorem albo pastą z czarnych oliwek, łosoś pieczony, kurczak w sosie mango z czarną fasolą albo czarny makaron barwiony atramentem mątwy. Na deser będzie ciasto dyniowe albo marchewkowe posmarowane lukrem z namalowanym na nim siecią pajęczą albo galaretka pomarańczowa dekorowana czarnymi sowami z gorzkiej czekolady.

Amerykanie to naród o niesamowitej wyobraźni, naprawdę potrafią niczym MacGyver, bohater serialu kryminalnego, z patyka i sznurka wyczarować rakietę kosmiczną. Na stołach mogą więc pojawić się wycięte z chleba tostowego posmarowanego białym serkiem "duchy" z okrągłymi oczami i otwartą buzią zrobioną z pokrojonych czarnych oliwek. Białe kulki mozzarelli pomazane wąskimi strużkami keczupu i udekorowane pokrojonymi w ten sam sposób zielonymi oliwkami nadziewanymi papryką będą udawały przekrwione gałki oczne. Trupia czaszka uformowana z pokaźnej porcji koziego sera zatopiona we "krwi", czyli salsie pomidorowej, z nożem wbitym w czoło dostarczy niezapomnianych wrażeń. "Glizdy" z pokrojonych w paski parówek, "obcięte" palce z panierowanych, smażonych pasków kurczaka z obranym migdałem udającym paznokieć, pająki z ciastek czekoladowych, kanapki albo bezy w kształcie ludzkich kości. Możliwości jest tyle, ile tylko dostarczy wyobraźnia.

Przyjęcie zwykle zaczyna się przed zmierzchem. Dorośli albo zostają w domu, albo też przebrani (!) chodzą z dziećmi od domu do domu, asystując im podczas słynnej zabawy "trick or treat" (cukierek albo psikus). Niby trzymają się z daleka, ale przyświecają latarkami, plotkują z sąsiadami, wyprowadzają psy, pomagają nieść coraz cięższe wiaderka w kształcie dyń, coraz bardziej wypełnione cukierkami. Najwięcej zgarniają oczywiście maluchy, więc starym numerem nastolatków jest nagły wybuch uczucia do "znienawidzonej" na co dzień młodszej siostry czy brata. Halloween to dla dzieciaków rzecz święta, więc nawet jeśli wyjeżdżasz, musisz zostawić na ganku stoliczek wypełniony słodyczami, którymi podzielą się dzieci.

Lampę z wydrążonej dyni, czyli Jack-o'-lantern symbolizującą pewnego skąpca o imieniu Jack, który był tak chciwy, że aby zarobić, układał się nawet z diabłem, drąży się i zapala po powrocie do domu. Po śmierci Bóg nie przyjął Jacka ani do nieba, ani nie zesłał do piekła, ale ukarał tułaniem się z latarnią po ziemi aż do dnia Sądu Ostatecznego. Warto o tym przypominać dzieciom, zwłaszcza gdy wybuchają wojny o to, kto ile zebrał i komu zabrał słodyczy.

Podczas tej halloweenowej perygrynacji można wiele się dowiedzieć o sąsiadach. Kto mieszka pod piątką, kto wyprowadza się spod szóstki. Kto daje najwięcej słodyczy, a kto skąpi. Kto przygotował poczęstunek najlepszej jakości, a kto nakupił taniochy za grosze byle mieć z głowy. Taką taniochę złożoną głównie z chemii i cukru w nocy (groszki wyglądające jak trutka na szczury, czarne i pomarańczowe, sztucznie barwione pianki) po cichu przed padłymi ze zmęczenia dziećmi wyrzucaliśmy do kosza. Pieczołowicie zaś odkładaliśmy próbki pasty do zębów, które mieszkająca niedaleko stomatolożka rozdawała maluchom zamiast słodyczy. Pomysł ekscentryczny i w sąsiedztwie wyśmiewany i przez dorosłych, i przez dzieci, ale jakże przydatny po upiornie słodkim halloweenowym szaleństwie.

Więcej o: