Rodos od kuchni i kafenionu

Yamas, czyli na zdrowie - mawiają Grecy. Na Rodos toast wznosi się szklaneczką białego wytrawnego wina Vilare. Nie sposób odmówić
Moją kulinarną przygodę z wyspą rozpoczynam wczesnym rankiem. Z Kolymbii, małej miejscowości (ok. 30 km na północ od miasta Rodos), ruszamy z przyjaciółmi w objazd wschodniej części wyspy, by dotrzeć na południowy cypel, aż do Prasonissi (niezwykle popularna wśród windsurferów plaża). Choć słońce dopiero się budzi, w malutkich wioskach po drodze życie towarzyskie kwitnie. W kafenionach, czyli kawiarniach, już od świtu mężczyźni popijają kawę i dyskutują o polityce, świecie i innych ważnych sprawach.

Kafenion to miejsce szczególne, można odnieść wrażenie, że czas zatrzymał się tu mniej więcej w latach 70. Wystrój jest prosty: metalowe stoliki przykryte wytartą ceratą, obowiązkowa popielniczka (Grecy palą jak smoki), a na ścianach plakaty reklamujące "nowości filmowe" sprzed 30. i więcej lat. Kilka stolików i krzeseł zawsze stoi na zewnątrz, by można było obserwować, co dzieje się na ulicy.

Niezwykle mocną kawę pije się na trzy sposoby: bardzo słodką, słodką lub gorzką (choć przyznaję, że nie spotkałem jeszcze Greka, który piłby gorzką). I tak też należy zamawiać, gdyż na stolikach nie ma cukiernic (słodzą ją w trakcie przyrządzania).

Kafenion pełen jest mężczyzn, kobiety nie są tu mile widziane. Czasami wdepną turystki, świadomie bądź nieświadomie łamiąc "obyczaj". Nie zostaną wyproszone (na to Grekom nie pozwala gościnność), ale zgorszenia malującego się na twarzach Rodyjczyków, szczególnie tych starszych, nie sposób nie zauważyć.

Mieszkańcy wyspy potrafią rozkoszować się smakiem porannej kawy przez kilka godzin. I zupełnie im nie przeszkadza, że już wystygła albo że szklaneczka jest pusta.

Atmosfera kafenionu uspokaja, choć popijając moją kawę, słyszę ostrą wymianę zdań na temat Unii Europejskiej i funduszy strukturalnych. Kto by pomyślał!

***

Słońce sięga już niemal zenitu i ostro przygrzewa, choć to już astronomiczna jesień. Teraz rozumiem, dlaczego nazwano Rodos wyspą Słońca: blisko 270 słonecznych dni w ciągu roku, a według niektórych statystyk nawet 300!

Minęło południe, zgłodnieliśmy. Zachowujemy się przecież jak typowi Rodyjczycy, tzn. nie zjedliśmy śniadania (wyspiarze co najwyżej przegryzą z rana sucharek, kawałek sera czy chleba; tłumaczą, że nie mają czasu na śniadanie, bo spieszą się do pracy, choć ja jeszcze nie widziałem spieszącego się Rodyjczyka!).

Zarządzamy postój koło małej tawerny tuż przy plaży. Nie mają menu, ale uśmiechnięty właściciel łamaną angielszczyzną zaprasza do kuchni i pokazuje, co moglibyśmy zjeść. To stary tutejszy zwyczaj. Kiedyś potrawy wybierało się prosto z garnków, a jeszcze wcześniej to kucharz decydował o tym, co będziemy jeść. Przychodziło się do tawerny, siadało i... czekało na danie dnia.

My postanowiliśmy spróbować wszystkiego po trochu. I była to bardzo dobra decyzja! Za chwilę na stoliku pojawiła się zapiekanka z bakłażanami, smażone kalmary (kalamaria) z sosem rybnym i warzywami (chyba najsmaczniejsze, jakie do tej pory jadłem), sałata i dolmadakia, czyli gołąbki z farszem ryżowym lub mięsnym zawinięte w liście winogron. Wszystko świeże, wręcz rozpływające się w ustach. Braliśmy dokładkę za dokładką. Za tę trzyosobową ucztę (w tym wino, na "kilogramy", czyli litry, bo tak właśnie się je zamawia) zapłaciliśmy niecałe 30 euro.

Okazało się, że Kostas, przesympatyczny właściciel tawerny, wie, gdzie leży Polska i zna sławnych Polaków: Lecha Wałęsę i Krzysztofa Warzychę...

Niestety takich miejsc jest coraz mniej. Choć wyspa jest mała (niecałe 1400 km kw.), gości mnóstwo turystów. Wciąż powstają nowe tawerny, restauracje i bary, ale brak im klimatu i atmosfery starego Rodos, przeważa komercja.

***

Po drodze mijamy kolejne kafeniony. Trochę opustoszałe, bo to pora sjesty - dla Greków rzecz święta. Pomiędzy godziną 14 a 17 sklepy są zamknięte, wszyscy udają się do domów na popołudniową drzemkę (największe faux pas, które można popełnić, to przyjść o tej porze w odwiedziny).

Dzień pełen słońca i wrażeń nieuchronnie zbliża się ku końcowi. Przed powrotem do hotelu postanawiamy zjeść kolację. Nasz wybór pada na tawernę tuż za miejscowością Charaki. Co prawda z zewnątrz nie wygląda zachęcająco - ze ścian odpada zszarzały tynk, szyby niemyte od kilku miesięcy, przed wejściem kilka drewnianych stolików przykrytych spłowiałą niebieską ceratą - ale przecież nie lubimy jeść w miejscach typowo turystycznych.

Nasze żołądki pamiętały jeszcze ucztę przy plaży, dlatego skromnie zamówiliśmy moussakę, czyli zapiekankę z bakłażanami, mięsnym farszem i sosem beszamelowym, a także choriatki, czyli przepyszną sałatkę grecką, a właściwie wiejską, bo tak tłumaczy się tę nazwę (świeże pomidory o słodkim smaku, ogórki, delikatna cebula zupełnie inna od polskiej, oliwki i ser feta posypany oregano, do tego oliwa z oliwek i ocet winny).

Nagle do tawerny wparowała hałaśliwa gromada miejscowych. Okazało się, że jeden z nich obchodzi urodziny. Stoliki połączono i zaczęto zastawiać...

Usiłowaliśmy wymknąć się po cichu. Nic z tego. Manolis, bo tak miał na imię sprawca całego zamieszania, podszedł do nas ze szklaneczką soumy (popularna na Rodos wódka z winogron), krzycząc: - Yamas!, czyli na zdrowie. Zapytał, skąd jesteśmy, i oświadczył: - Pokażę wam, jak świętują prawdziwi Rodyjczycy (bo mieszkańcy wyspy czują się przede wszystkim Rodyjczykami, a dopiero później Grekami - wyjaśnił). Poza tym należy być parea, czyli w towarzystwie.

Nasz stolik dołączył do pozostałych, już zastawionych smakołykami (nikt mi teraz nie powie, że Grecy jedzą tylko bądź przede wszystkim sałatkę grecką!). Królowało mięso: souvlaki (szaszłyki), arn~ psitó (pieczona baranina) i kats~ki stó fournó (koźle mięso, uważane tu za największy przysmak), małe smażone kulki z mielonego mięsa - keftedes - oraz biftékia - rodzaj befsztyku czy hamburgera. Po chwili pojawiły się jeszcze loukánika (ostro przyprawione kiełbaski) i kotópulo (kurczak). Mnie jednak zabrakło sifado, czyli kawałków cielęciny lub wołowiny (choć najlepszy byłby zając) duszonych w czerwonym winie, z dużą ilością małych cebulek.

Oczywiście były też patates (gotowane ziemniaki), tzatziki (gęsty sos na bazie ogórków, jogurtu i czosnku) i trochę briam (bukiet z jarzyn) no i obowiązkowo - chleb (Grecy podchodzą do niego z wielkim szacunkiem; słowo psomopatis - depczący chleb - określa przyjaciela, który zawiódł; o przyjaciołach mówi się także, że "jedli razem chleb i sól"). Nie mogło zabraknąć wina, nieodłącznego towarzysza każdej biesiady, z najpopularniejszymi gatunkami, jak: Vilare, Ilios i Emery oraz żywiczną Retsiną.

Zabawa trwa w najlepsze, ale my musimy wracać do hotelu. Na koniec mamy do Manolisa prośbę: chcemy zatańczyć z Grekami prawdziwą zorbę...

Gdy się żegnamy, wesoła kompania ani myśli o końcu przyjęcia. Dopiero gdy zacznie świtać, powoli zaczną wychodzić z tawerny. Bo prawdziwy Grek bawi się do białego rana. O przepraszam, prawdziwy Rodyjczyk. Bo przecież to nie to samo...



Więcej o: