Od kuchni i od frontu, rzecz o skargach i wnioskach

Kelner najpierw nie reaguje na wezwanie, przynosi zimną zupę, a potem nie rozdziela rachunków - skarżą się goście. Zjadł większość dania, a na koniec stwierdził, że nie zapłaci, bo z potrawą było coś nie tak - narzekają szefowie kuchni. Oto dwa punkty widzenia na restauracyjną kuchnię.
Do restauracji idziemy na ucztę, chcemy, by nas tam rozpieszczano. Wszystko w myśl zasady: płacę, więc wymagam. A tymczasem bywa różnie. Z drugiej strony, choć niby gość ma zawsze rację, to nawet szefowie kuchni przyznają, że czasem trudno z nim wytrzymać. A przecież wkraczają jako ostatnia instancja, kiedy kelnerzy nie dają sobie rady.

Wymagania rosną razem z gwiazdkami

Grzegorz Labuda, szef restauracji pięciogwiazdkowego hotelu Platinum Palace we Wrocławiu, przyznaje, że tolerancja szefów i kelnerów na to, co gościowi wypada, rośnie wraz z cenami. - Towarzystwo, które przychodzi z pełnym portfelem, jest specyficzne, bardzo roszczeniowe - mówi. Tacy klienci lubią dominować. Skarżą się często na brak uwagi. Potrafią ostentacyjnie okazać swoje niezadowolenie - dodaje Marcin Budynek, szef kuchni hotelu Warszawa w Augustowie, i opowiada: - Gość zamówił kilka dań, każdego skosztował, ale nic mu nie odpowiadało. Zareklamował siedem potraw, za żadną nie chciał zapłacić. Kelnerzy ściągnęli mnie z domu na pertraktacje. Nie widziałem możliwości porozumienia, więc oznajmiłem, że pokryję rachunek tego pana. Wtedy uniósł się honorem, zapłacił za wszystko, co zamówił, i wyszedł.

A gdzie mleko ryżowe

- Odwiedza nas mnóstwo wegan, wegetarian i osób z własnym pomysłem na to, co i jak jeść. Niedawno mieliśmy gościa, który każdego dnia tygodnia je zawsze to samo, taką ma fanaberię. Skonstruowałem więc dla niego specjalne menu - w każdy poniedziałek ta sama zupa, we wtorek owoce morza w tej samej stylizacji itd. - opowiada Andrzej Bałdyga, szef kuchni hotelu Bryza w Juracie.

- Mieliśmy także gościa, który nie jadł tłuszczów zwierzęcych i do śniadania zażądał mleka sojowego lub ryżowego. Był oburzony, kiedy usłyszał, że nie mamy. Kiedy specjalnie dla niego je sprowadziliśmy, skosztował i więcej o takie mleko nie poprosił. Od tego czasu minął rok, ale kelnerzy pamiętają tamtego gościa. Byli bardzo rozbawieni, kiedy znów ktoś zamówił mleko ryżowe.

Marcin Budynek: - Pewna para często organizuje spotkania biznesowe w naszej restauracji. Oboje nie znoszą czosnku i zawsze przypominają o tym, żeby ani im, ani ich gościom nie serwować dań z jego dodatkiem. Ostatnio przerwali kolację, ponieważ, jak twierdzili, wyczuli czosnek w sosie vinaigrette. Musieliśmy przygotować sos jeszcze raz, na ich oczach, żeby udowodnić, że mówimy prawdę! - opowiada.

Dlaczego nie uprzedzono mnie, ile to kosztuje

- Mieliśmy w karcie danie z wołowiny z Kobe. Jedna porcja kosztowała ok. 260 zł. Gość zamówił danie dla siebie i towarzyszki. Albo nie zrozumiał, albo nie dosłyszał, jaka jest cena, gdyż zzieleniał, kiedy dostał rachunek. Zaczęła się wielka awantura. Gość twierdził, że wiele podróżował po świecie, był także w Japonii, gdzie próbował oryginalnej wołowiny z Kobe. Danie w naszej restauracji nie miało, jego zdaniem, nic wspólnego z oryginałem. W końcu poprosił, byśmy porozmawiali w cztery oczy. Tam przeprosił, powiedział, że nie ma przy sobie takiej gotówki ani karty, ale nie chciał tego mówić przy swojej towarzyszce. Przyznał także, że nigdy nie był w Japonii. Spisaliśmy oświadczenie i spotkaliśmy się następnego dnia, kiedy przyjechał zapłacić. Na koniec oświadczył, że posiłek bardzo mu smakował, ale nie spodziewał się takiej ceny. To był po prostu romantyk - śmieje się Grzegorz Labuda.

Przyznaje, że największe nieporozumienia pojawiają się przy zamówieniach na wino. - Ze względu na pochodzenie, winnice, rzadkość danego szczepu, cena za butelkę może sięgnąć 6 tys. zł. Gdy gospodarz wieczoru zaprasza ważnych dla siebie gości i chce się pokazać, często bez zastanowienia zamawia to, co jest najlepsze w karcie - opowiada szef kuchni. - Kelner w restauracji pięciogwiazdkowego hotelu nie może zadać pytania: "czy zdaje sobie pan sprawę z tego, jakie to jest drogie?". Zakładamy zawsze, że gość wie, a jeśli nie, to zapyta. - Zdarzyło się, że ktoś zamówił dużą kolację dla klientów biznesowych, a do niej dwie butelki wina Petrus (po 4 tys. zł). Całość zamówienia wyniosła 15 tys. zł! Gość zachłysnął się ostatnim łykiem z kieliszka, ale zachował fason. Rachunek zapłacił kartą. Zgłosił się jednak później do mnie z pretensjami, że nie uprzedzono go o kosztach i mógł się ośmieszyć.

Procenty na talerzu

- 70 proc. talerza jest już puste, a tu gość oświadcza, że nie zapłaci, bo z daniem było coś nie tak - opowiada Grzegorz Labuda. Przypomina, że istnieje zasada, która pomaga w takiej kryzysowej sytuacji. Gość może zgłosić wątpliwości do momentu, gdy z talerza zniknie 30-35 proc. porcji. Przyznaje jednak, że wszyscy traktują stałych gości mniej rygorystycznie.

- Bardzo pilnujemy, żeby nie ucinać negocjacji. Chcemy, by gość wrócił, nie opowiadał złych rzeczy o restauracji, gdyż w dobie internetu złe, choć często nieprawdziwe historie rozchodzą się w niesamowitym tempie. A potencjalni klienci sugerują się opiniami znalezionymi w internecie - tłumaczy.

Dariusz Struciński, szef kuchni hotelu Anders w Starych Jabłonkach, podsumowuje: - Dania przygotowuje się dla klientów i oni mają prawo głośno wyrazić swoją opinię na ich temat. Oczywiście zdarza się, że gdy przy stole siedzą cztery osoby, trzy będą zachwycone propozycją szefa kuchni, a jedna zgłosi reklamację. Ale przecież nie można dyskutować z cudzym smakiem.

Sam nie potrafię sobie przypomnieć sytuacji, kiedy zostałem wezwany na salę, by osobiście rozmawiać z gościem... no, może poza jedną dużą imprezą. Kiedy organizator mnie zobaczył, zaczął krzyczeć: "nie może tak być", "to skandal". Zdążyłem się już zdenerwować, kiedy zakończył: "szef nas za bardzo rozpieszcza".

Sposób płacenia

Kasia (ulubiona potrawa: tatar): - Denerwuje mnie, kiedy kelner, nawet jeśli widzi, że ludzie przyszli osobno, nie daje oddzielnych rachunków. Zawsze trzeba o to prosić i robią łaskę. A i tak zdarzyło mi się, że kelner przyniósł jeden rachunek i stwierdził: "To już między sobą się państwo rozliczą".

Darek (lubi szaszłyk): - Właśnie, kiedy o rozliczaniu między sobą kelner mówi czterem facetom, którzy wypili w knajpie po cztery piwa, zjedli po kawałku mięsa i każdy po innej przystawce. Profesor matematyki nie rozwiązałby takiego zadania.

Wojtek (lasagne): - Kiedy przy rachunku okazuje się, że nie można płacić kartą i trzeba biec szukać bankomatu.

Rafał (pielmieni): - Wliczają serwis, a ty jesteś zaskoczony, bo wcześniej sobie tego nie doczytałeś drobnymi literkami w menu. Szykujesz pieniądze, napiwek, a tu nagle suma jest o 10-15 proc. wyższa, niż się spodziewałeś.

Obsługa gości

Arleta (owoce morza): - Danie nazywa się Wykwintny Kwiat w Słonecznych Lśnieniach, a kelner nie potrafi powiedzieć, co to właściwie jest.

Basia (carpaccio): - Kiedy podają ciepłe piwo. W Warszawie kelner zaczął ze mną dyskutować, że przecież jest lodowate, potem włączył się kierownik sali, a skończyło się na kierowniku restauracji, który stwierdził, że "nie jest ciepłe, bo z posadzki". Ale najlepszą odpowiedź dostałam w Bieszczadach: "Bo kiedy wkładałem do lodówki, to mi od razu wszystkie wykupili".

Tomek (makaron z owocami morza): - Że nie można zamówić w knajpie ciepłego soku. A dziecku z lodówki nie dam. Zresztą może i ja bym wolał ciepły. Rzadko zdarza się kelner, który sam zaproponuje, że np. włoży sok na chwilę do mikrofalówki.

Ania (tagliatelle z sosem szpinakowym i gorgonzolą): - Jak się zamawia herbatę i piwo, to kelner bez pytania stawia piwo facetowi. To nie tylko irytujące, ale głupie, bo często facet prowadzi samochód i dlatego pije herbatę.

Dorota (pieczona jagnięcina z czosnkiem): - Jak kelner się co chwila pyta, czy wszystko jest OK. Jemu oczywiście chodzi o smak potraw, ale dla mnie nie jest OK, bo się właśnie rozstaję z facetem.

Kinga: - Ja nie oczekuję cudów. Tylko że jak poproszę o drugi talerzyk dla dziecka, to jedna z drugą nie będzie przewracać oczami. Albo jak są w karcie pierogi z mięsem i skwarkami i mówię, żeby mi nie polewali skwarkami, to nie chcę, żeby mi pani mówiła, że się nie da. Albo pizza jakaś tam, tylko żeby nie dawali kaparów i od razu jest problem. Albo raz poprosiłam o rosół bez makaronu i też się niby nie dało.

Sabina (pierś kurczaka z suszonymi pomidorami i mozzarellą): - Pomylenie zamówień mnie nie denerwuje. Jak pani w pierogarni zamiast pierogów z grzybami przynosi mi z mięsem, to rozumiem, że może się to pomylić. Oczekuję, że powie przepraszam i wymieni talerz, mogę poczekać. Ale jeśli ona podniesionym głosem odpowiada: "To nie moja wina, ja przecież tego nie nakładam!", to od razu wzywam kierownika. Żeby mu uświadomić, że ma problem ze sposobem obsługi gości. I to działa. Kilka miesięcy później w tej samej pierogarni inna kelnerka znów pomyliła zamówienie, ale szybko przeprosiła, a na deser dostałam jeszcze lody na koszt firmy.

Tomek: - Nie proponują zapakowania jedzenia na wynos. Wstydzę się zapytać, bo nie chcę wyjść na dziada, a nie wiem, czy mają w tej restauracji taki zwyczaj. Raz tylko mi zadali takie pytanie - w drogiej restauracji w Warszawie.

Czas spędzony przy stoliku

Dorota: - Że kelner nie daje się złapać wzrokiem. Po 15 minutach czekania, aż przyniesie rachunek, idę płacić do baru, ale mam wtedy lekkie poczucie obciachu.

Kinga: - Kiedy od razu nie dostaję karty. Zadaniem kelnera jest dyskretna obserwacja sali, więc nie rozumiem, jak przez pięć minut po wejściu gości on może nie podać im karty. Dłużej nie czekam, tylko sama sobie biorę. Natomiast po przyjęciu zamówienia czekam spokojnie, wiem, że jeśli to ma być przygotowane danie, a nie mrożonka z mikrofalówki, to musi potrwać ze 30 minut. Chociaż to też ma swoje granice. Raz w pierogarni czekaliśmy ze znajomymi przez półtorej godziny mimo trzykrotnego wzywania kierownika sali. W końcu kelnerka była tak zestresowana, że podała nam kilka talerzy, ale nie wiedziała, na którym są jakie pierogi.

Arleta: - Mojego męża potwornie złości, jeśli goście, którzy przyszli po nas, dostają jedzenie przed nami.

Dorota: - A mnie wkurza brak synchronizacji. Zdarza się, że jeśli przyjdziemy w kilka osób, to pierwsi zdążą zjeść, zanim ostatni dostaną.

Tłok - niedobrze, pusto - jeszcze gorzej

Kasia: - We Francji denerwował mnie tłok w godzinach lunchu. Tam wszyscy jedzą na mieście, więc zdarza się, że ktoś obcy ci się dosiada do stolika. Ścisk jest przy tym taki, że łokcie sobie wbijasz w żebra. U nas jest znacznie lepiej.

Rafał: - Głupio się czuję, kiedy siedzę na sali sam. Wtedy nie wchodzę. Kolega raz na wakacjach wszedł do pustego lokalu z rodziną, a tam go zaczęli zniechęcać: że to niedobre, tego nie ma, na to trzeba czekać. Potem się dowiedział, że tam pod przykrywką restauracji działał burdel.

Więcej o:
Komentarze (47)
Od kuchni i od frontu, rzecz o skargach i wnioskach
Zaloguj się
  • Gość: myssidiot

    Oceniono 8 razy 8

    Podobnie jak elektra prawie zawsze wybieram lokale z polecenia znajomych lub po konsultacji z Gastronautami i podobnymi portalami. Zazwyczaj unikam wtedy rozczarowań, a nawet jeśli jakieś są, to sama piszę recenzję- ku przestrodze, dla innych ..

    Do restauracji chodzę pasjami. Żeby zjeść coś pysznego, zrelaksować się, pogadać przy miłym posiłku, podpatrzeć ciekawe połączenia składników.. nie warto się pieklić nawet przy ewidentnych potknięciach restauratorów. Nieprzychylna opinia przekazana znajomym lub na portalu recenzenckim działa lepiej niż awantura w lokalu. Z kolei wysoki napiwek dany komuś kto się postarał też sprawi, że mu się będzie dalej chciało...

    POLACY CIESZCIE SIĘ WYJŚCIAMI DO RESTAURACJI!!

  • calvadosusmak

    Oceniono 9 razy 7

    to prawda, ze obsluga klientow restauracji w Polsce wciaz bywa kwadratowa...
    obijamy sie miedzy peerelem a wersalem. zupelnie inaczej niz na zachodzie, gdzie w bylejakiej sieciowej restauracji pare razy w roku kelnerzy sa surowo oceniani za serwis, itp.

  • dezyderymarchewka

    Oceniono 14 razy 6

    mnie ostatnio przydarzył się skandal w McDonaldzie! Postanowiłem skorzystać z McDrive'a, pytam się czy mają bażanta w cieście z rodzynkami, na grzybkach zmiksowanych z kaparami pod beszamelem i czy mogą to podać z grzankami z bazylią, bo chciałem przegryść coś na szybko w samochodzie, a ta pinda mi na to, że nie i proponuje mi Wieś Maca. Uznałem sugestię, że to niby ja jestem wieśniakiem za skandaliczną, wezwałem policję i zażądałem miliona euro odszkodowania za straty moralne. Jak sądzicie, czy nie za mało zażądałem?

  • marysienka22

    Oceniono 8 razy 6

    Ubawila mnie ta wolowina z Kobe.
    Czytalam w prasie niemieckiej, ze z Japonii nie sprowadzaja zbyt czesto ani ryb, ani glonow, ani miesa. A nazwy - miejsce pochodzenia produktow sa rdzennie niemieckie. I o takich japonskich produktach w ORYGINALNYCH JAPONSKICH RESTAURACJACH w Europie MUSDIMY ZAPOMNIEC !!
    A co do PRZESOLONYCH POTRAW - w Polsce ZA DUZO SIE SOLI, PRZESOLONE, DOPRAWIONE GLUTAMINIANEM i kostkami rosolowymi sa nie tyle DOSMACZANE, co PRZESMACZANE.
    W ub. roku moj gosc zza oceanu dostal silnego skoku cisnienia po takiej zupie i wyladowalismy na IzbiePrzyjec szpitala klinicznego. BYL UCZULONY tez na glutaminian - pytal kelnera, czy zurek z borowikami nie zawirea wlasnie glutaminianu. Dowiedzial sie, ze nie, ale to byla NIEPRAWDA !!

  • bmc3i

    Oceniono 6 razy 6

    @komarrek

    Pracuję w hotelu i mogę powiedzieć za cały personel że Polacy to jedni z najgorszych gości jacy nas odwiedzają.

    **********

    Zapytaj kogokolwiek kto pracuje w restauracji w Stanach. Od niemal kazdego z zapytanych, dostaniesz odpowiedz ze najgorszymi klientami sa w ogóle Europejczycy, Francuzi w szczególnosci.

    I co Ty na to?

  • Gość: elektra

    Oceniono 8 razy 6

    Ja zawsze sprawdzam opinie o restauracjach na Gastronautach albo Wyjadacze.pl

  • hanover

    Oceniono 11 razy 5

    Zawsze mam opory przed zwróceniem uwagi personelowi w restauracji, obojętne czy to kelner czy kierownik sali. Zawsze "boje się", że na plują albo nasmarkają do drugiej porcji...

  • distefano5

    Oceniono 3 razy 3

    W naszym Kraju wiele miejsc gdzie można zjeść nosi dumną nazwę RESTAURACJA. W tych RESTAURACJACH obsługują KELNERZY. Na podstawie swojego doświadczenia mogę powiedzieć że nazwę RESTAURACJI powininno nosić tylko tylko jedno na dziesięć miejsc w których możemy coś zjeść. W pozostałych przypadkach miejsca te powinny nosić nazwę Jadłodalni , stołówki lub miejsca żywienia zbiorowego. W RESTAURACJA obsługują KELNERZY natomiast w pozostałych są to osoby przyuczone, lub pracujące dorywczo czy też sezonowo - osoby te nazywam Podawaczami. Skutki tego widać na pierwszy rzut oka. długie czekanie na kartę dań , brak informacji o potrawach, sposób podawania dań, szukanie Podawacza wzrokiem - kiedy coś od niego chcemy w trakcie konsumpcji, nieśmiertelne zapytanie kiedy już spożyliśmy posiłek - zamiast zapytać czy może Państwu coś jeszcze podać , pada pytanie rachunek ? Wyczekiwanie Podawacza aby Klient w trakcie gdy ten wydawaje resztę powiedział dziękuję ,
    Wystrzegam się również chodzenia do miejsc konsumpcji które znajdują się na Starych Rynkach miast - które odwiedzane są masowo przez turystów, oczywiście nie chcę generalizować ale tam wiele z nich powinno nosić nazwę Jadłodalnie , nerwowa atmosfera nastawiona na masową obsługę, niewłaściwa jakość potraw.
    Stosuję zasadą że jeśli mi się coś nie podoba - wychodzę , po co się denerwować , narażać na stres - przecież przyszło się tu by w miłym towarzystwie spożyć poosiłek i czuć z tego zadowolenie a nie skonfliktować się z kelnerem co tworzy nieprzyjemną atmosferę kładącą się na całe spotkanie.
    W moim mieście które jest całkiem duże uważam że można iść do kilku RESTAURACJI które zasługują na to dumne miano. W innych mistach korzystam z Gastronautów i na podstawie średniej z wypowiedzi wyrabiam sobie pogląd gdzie jest naprawdę RESTAURACJA.
    Dlatego też życzę wszystkim Internautom aby chodzili do RESTAURACJI a w nich by Ich obsługiwali KELNERZY.

  • agrest.agrest

    Oceniono 3 razy 3

    Mnie drażni, kiedy kelner zabiera pusty talerz mojego towarzysza, podczas gdy ja jeszcze jem. Według kelnerskiego savoir vivre'u nie powinno się zabierać ze stołu niczego, dopóki WSZYSCY przy tym stole nie skończą jeść. Za mało mają talerzy? Nie chcą, żeby brudne naczynia stały i zabierały miejsce? Nieważne, nie robi się tak i koniec. Niestety spotykam się z tym nagminnym błędem w niemal każdej restauracji :/

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX