Seriale od kuchni

Przygotowywanie posiłków nie jest sprawą prostą. To znaczy nie tyle samo przygotowywanie, ile atrakcyjne pokazanie tego w serialu. Wielu producentów, reżyserów i przede wszystkim scenarzystów połamało sobie na tym zęby
Może właśnie z tego powodu, że pokazanie gotowania w serialach jest trudne, i aby uniknąć ewentualnych problemów, autorzy serii "Star Trek" zmajstrowali magiczny przycisk w ścianie. Wystarczyło go nacisnąć, aby na półce pojawił się wymarzony posiłek. Taki guzik to marzenie wszystkich, całkiem ludzkich, starych kawalerów i zmęczonych gospodyń domowych. Ale jako że serial dzieje się w XXIII wieku, to nawet zakładając, że wizje autorów się sprawdzą, pewnie nie dane nam będzie się przekonać, jakie to fajne uczucie mieć w domu taki przycisk. Na razie co mniej uzdolnionym kulinarnie - lub uzdolnionym, ale leniwym - pozostają więc przyciski telefonu. I zamówienie posiłku tą drogą.

Polscy producenci i scenarzyści nie wymyślili magicznego przycisku, ale nie mieli też innych pomysłów na kuchnię w serialu. Skupili się więc raczej na omijaniu jej szerokim łukiem. Ale absolutne pominięcie kwestii potraw i jedzenia w życiu naszych telewizyjnych bohaterów udać się nie mogło. Jak się dobrze poszuka, to w większości seriali można więc sobie znaleźć coś do zjedzenia.

Już w pierwszym, zatytułowanym "Barbara i Jan", pojawia się wątek kulinarny. Niestety, ogranicza się co prawda do obcowania z ofertą baru mlecznego, ale jednak. W "Wojnie domowej" Jerzego Gruzy posiłki mają już większe znaczenie. Pani Zofia Jankowska (Irena Kwiatkowska) większość dnia spędzała bowiem nad garnkami i nad patelnią. Niestety, produkowane przez nią menu nie było zbyt urozmaicone. Z jej zabiegów wynikał zwykle mielony z ziemniakami, lub schabowy z... ziemniakami. Oczywiście do tego jarzyna, kompot i na deser pączki. Oraz kanapki, kanapki, kanapki.

To danie było zresztą najpopularniejsze w polskich serialach. Dzięki kanapkom, mimo wielu przeciwności losu, jakoś udawało się przeżyć Leszkowi z "Daleko od szosy". On chyba nawet na własnym weselu zajadał się chlebem z serem lub wędliną. Co ważne, był to chleb z tym lub z tym, nigdy z obiema rzeczami naraz. Bo w polskim serialu przez długie lata kanapkę (która z definicji powinna mieć więcej niż jeden składnik na masełku) zwykle oznaczał "chleb z... jednym czymś". Dopiero w wolnej Polsce serialowi bohaterowie nauczyli się urozmaicać to danie dodatkowymi "atrakcjami".

Kanapek nie jadał na wizji inżynier Karwowski, bohater "Czterdziestolatka". Jadał za to zawsze tradycyjny obiad z dwóch dań, który pani Magda serwowała w niezmiennym pośpiechu. A jako że podanie do stołu zawsze poprzedzały dobiegające z kuchni huki, wniosek można wysnuć, że na obiad był zwykle schabowy. Pizzę poznali państwo Karwowscy dopiero dwadzieścia lat później, gdy jej produkcją zajęła się dawna współpracownica inżyniera. W tym samym czasie, ale to już za sprawą córki Jagódki i jej francuskiego męża, dowiedzieli się, że można jeść nie tylko ślimaki, ale również żaby i inne dziwactwa. I to też jest obiad.

Dania gorące przez lata trąciły - i, powiedzmy sobie szczerze, robią to nadal - rutyną. Z grubsza można podzielić serialową kuchnię na dwa sektory. Pierwszy obejmuje seriale wieloletnie, zwane czasem telenowelami. Tu króluje tak zwana polska kuchnia tradycyjna. Zwykle bez najmniejszych odstępstw od kanonu. Babcia Józia z "Plebanii" pichci więc nieustannie pierogi, Grażynka w "Klanie" podgrzewa pomidorową, a u Ziębowej w "Na Wspólnej" ewentualnie gołąbki. No i oczywiście schabowy w Grabinie w "M jak miłość". Co ważne, w tych serialach kuchnią zajmują się wyłącznie kobiety. Panowie wchodzą zwykle po to, żeby coś przypalić, wesprzeć dobrą radą lub niezdarnie obrać ziemniaki. Oczywiście scenarzyści tych seriali wymieniają się przepisami i zdarza się, że pierogi ugotuje pani Stasia w "Klanie", a pomidorowa pojawi się na stole w "Złotopolskich". I tak w kółko. Z małymi wyskokami w postaci wizyty w pizzerii lub nie, do fast foodów nikt tu nie chadza. Znając więc upodobania telenowelowych bohaterów, trochę się zdziwiłem, że kogoś z widzów serialu "Na Wspólnej" mógł zainteresować poradnik "Kuchnia Na Wspólnej". Ale okazało się, że najmniej tam jest akurat o tym, więcej o prywatnych smakach aktorów. Nawet w "Samym Życiu", gdzie część akcji działa się w jednej z bardziej znanych warszawskich restauracji, nie skorzystano z okazji, by namówić Polaków do urozmaicania swojej diety. Potrawy migały tylko w drugim i trzecim planie na tacach zabieganych kelnerów.

Niestety, wygląda na to, że scenarzyści w biografie bohaterek i bohaterów naszych telenowel nie wpisali choćby pobieżnego oglądania kulinarnych programów nadawanych przez telewizje. A przecież można by zaryzykować i zaproponować seniorce rodu Mostowiaków skorzystanie z przepisów pana Makłowicza albo Maciejową z "Rancza" zachwycić pomysłami Karola Okrasy. Niestety, na razie się to nie udaje. Na pewne eksperymenty pozwalał sobie tylko pan Grzesio, kucharz w restauracji pani Marty Gabriel w "Złotopolskich". Z tym jednak, że po pierwsze, długo go trzeba było namawiać do odejścia od tradycyjnego podejścia do kawałka mięsa, a po drugie, serial dokonał już żywota.

Ale żeby oddać sprawiedliwość, trzeba przyznać, że próby urozmaicenia serialowej - ale już nie telenowelowej - kuchni podejmowano jeszcze długo, zanim TVN zaproponował najbardziej kulinarny serial, czyli "Przepis na życie". Tuż przed nadejściem XXI wieku Telewizja Publiczna rozpoczęła emisję serialu "Palce lizać". Tytuł obiecywał kulinarne rozkosze. I bywało naprawdę pysznie. A kuchnia i kulinarne przepisy Może nie przepisy, ale pomysły na potrawy były ważnym elementem każdego odcinka. Głównym bohaterem był pan Staś (Krzysztof Kowalewski), emerytowany kucharz okrętowy, który po życiowej porażce związanej z wiarołomstwem młodej narzeczonej osiadł w podupadającym pensjonacie. I został tu szefem kuchni, zachwyciwszy właścicielkę, przyrządzając cynaderki z krewetek. No, to było coś. Niestety, po raz kolejny okazało się, że widownia nie przykłada wagi do tego, co i jak jedzą bohaterowie seriali, i produkcja zamknęła się bodaj na dziewięciu odcinkach. Szkoda.

Wokół kuchni i kulinariów kręcił się też serial "Dziupla Cezara" z Piotrem Adamczykiem i Małgorzatą Sochą w rolach głównych. Ale to jednak był sitcom. I co prawda pojawiały się tu bardziej wyszukane potrawy, ale kuchnia była tu miejscem, w którym można zawsze zawiązać jakiś komediowy dialog lub gag. A to się coś przypali, a to danie się nie uda. A mniej tradycyjne dania prezentowane były albo jako utrapienie kucharza, albo fanaberia rozkapryszonego klienta. Ale zabawnie bywało. Nawet bardzo.

Spojrzenie serialowych scenarzystów na kulinaria zmienił tak naprawdę dopiero TVN ze swoimi flagowymi produkcjami. Wynikało to przede wszystkim z tego, że stacja dość konkretnie określiła odbiorcę, do którego kieruje niektóre ze swoich produkcji. Seriale obliczone są na widza młodego, wielkomiejskiego i aspirującego do wielkiego świata. A ta grupa kontakt ze schabowym, mielonym czy tradycyjnymi pierogami ma tylko podczas wizyt u rodziców lub babć i rodzinnych spotkań okolicznościowych. Lubią natomiast bywać w dobrych restauracjach, zamawiać sobie dania do domu, a nade wszystko urządzać spotkania z przyjaciółmi przy winie i własnoręcznie przyrządzonym posiłku. Tylko że teraz jest to zwykle spaghetti lub inne pasty, osobiście zrobione sushi, wszelkie sałatki itd. Producenci zauważyli też rosnącą popularność domowych imprez połączonych ze wspólnym przygotowywaniem potraw, które się następnie zjada. Dlatego kuchnia stała się kolorowa, odważniejsza, pełna owoców i warzyw i egzotycznych smaków. Stała się po prostu pogodniejsza. A przyrządzanie posiłków nie jest koszmarnym obowiązkiem, tylko przyjemniejszą częścią życia.

I nareszcie - w szczytowej na razie kulinarnej odsłonie serialowej, czyli "Przepisie na życie" - TVN postanowił zdyskontować popularność telewizyjnych poradników kulinarnych. Dziwiłem się, dlaczego nie połączono potencjałów tych dwóch gatunków. Ale widocznie chodziło o to, że musieliśmy do tego dorosnąć i znaleźć odpowiednie proporcje, żeby pogodzić oczekiwania łowców fabuły z łowcami smaków siedzących przed ekranem. W "Przepisie " główna bohaterka po stracie pracy i męża odnajduje się w życiu, wykorzystując swoją pasję - gotowanie. I pokazane jest to w taki sposób, że chce się spróbować każdego kęsa, że samemu chce się gotować, co w najmniejszym stopniu nie odciąga uwagi od wątków fabularnych. I nie zdziwiłbym się, gdyby już wkrótce Magdalena Kumorek, gwiazda serialu "Przepis na życie", dostała propozycję napisania kulinarnego poradnika, poprowadzenia kulinarnego programu i stania się polską Nigellą Lawson, a Borys Szyc wyruszył w świat jako przewodnik po kuchniach świata dla Discovery.

Niestety, pani Magda dość jednoznacznie w rozmowie z "Gazetą Telewizyjną" zapowiedziała, że chociaż gotuje świetnie i coraz lepiej, nie zamierza jednak stać się ikoną kucharzenia w naszym pięknym kraju. Za to od producentów "Przepisu na życie" otrzymałem zapewnienie, że kuchni i przepisów będzie w serialu coraz więcej i będą bardziej eksponowane. A w drugim sezonie ma to być już istne kulinarne szaleństwo.